środa, 07 listopada 2007
Człowiek z betonu

Pamiętacie Justina, którego kilka wpisów wcześniej uznałam za odpowiednik Człowieka z Błota? Odwołuję. Odpowiednika Człowieka z Błota poznałam kilka dni później- poznajcie Jamesa, który ma dwie wersje siebie- raz pozuje na pomnik kloszarda, a raz na pomnik angielskiego arystokraty. Studiuje na uniwersytecie w Galway i wybrał irlandzki jako język wykładowy. A oto fragment rozmowy: - Dobrze mówisz po irlandzku? - Dobrze ( i tutaj mówi coś, czego nie potrafie zrozumieć ani powtórzyć) - Co powiedziałeś? - Nie mogę ci powiedzieć - Przecież przed chwilą to zrobiłeś. Przetłumacz tylko. - Nie mogę ci powiedzieć, bo by mnie matka zabiła, że coś takiego kobiecie powiedziałem.
niedziela, 04 listopada 2007
Ogłaszam kapitulację
Od dzisiaj to oficjalne- nie udało mi się wyprowadzić z równowagi ani jednego Irlandczyka. Nie pomogło guzdranie się w kolejce, ani udawanie bardzo uciążliwego klienta. Nie pomogło wyśmiewanie ich ulubionego sportu czyli GAA. Nie pomogło zabieranie czasu bardzo zajętym ludziom. Nic nie dała też jazda autobusem w godzinach szczytu i pytanie kierowcy co 15 sekund o to jak bardzo jesteśmy spóźnieni. Zawsze, wszyscy uprzejmi byli do upadłego. No to zaczęłam w końcu pytać- na ulicy, w sklepie, w pubie- co ich denerwuje, a oni tylko kręcili głowami, że w sumie to nie wiedzą. I wtedy pomyślałam sobie, że jest taka rzecz, bo mój rozmówca powiedział, że białej gorączki dostaje jak dzwoni do banku albo telekomunikacji i ciągle jest przełączany do kolejnego menu. - I co? I co jak już możesz pogadać z kimś żywym?- pytam, a on na to: "No w sumie to nic, bo ten żywy jest zawsze taki miły, że po co mam na niego wrzeszczeć?". Poddaję się.
I to mi się podoba

Nawet na najbardziej zatłoczonym parkingu, nawet w centrum miasta, nawet przy supermarkecie nikt ale to nikt nie zajmie miejsca przeznaczonego dla niepełnosprawnych. A najbardziej mi się podoba to, że kiedy pytałam o to jak to sie dzieje, wszyscy moi rozmówcy nie mieli pojęcia o co mi chodzi. Nie mówili, że grozi za to mandat, tylko patrzyli się na mnie tak, jakbym z księżyca spadła.
piątek, 02 listopada 2007
Cała władza w ręce ludu...
Wczoraj miałam dziwne uczucie, że cofnęłam się o trzydzieści lat w kraju, który jest o trzydzieści lat lepiej rozwinięty niż mój własny. A wszystko dlatego, że poszłam na spotkanie organizowane przez młodych socjalistów. W wielkim skrócie, darując wam wywody o Weberze, Marksie i Naomi Klein dowiedziałm się, że : 1 Korporocje przejęły władzę nad światem w tym i nad uczelniami, w związku z czym nie należy im w żadnym razie ufać. 2. Społeczeństwo przechodzi systematyczne pranie mózgu 3. Własność intelektualna jest burżuazyjnym wynalazkiem 4. Należy wzniecić rewolucję i oddać władzę nad korporacjami w ręce ludu- nazywają to "demokratycznym planowaniem". Potem byłam z nimi w pubie, gdzie zawiązali partię polityczną, ale inaczej niż w przypadku Polaków ( wiadomo- tam gdzie trzech naszych rodaków, tam cztery partie) zgodni byli co do wszystkiego i to w sposób absolutny. Na koniec tego wszystkiego postanowili zorganizować w Galway demonstrację przeciwko wojnie w Iraku, która odbędzie się w przyszłą sobotę. Mieszanka ludzi, którzy przyszli na to spotkanie, była po prostu niesamowita. Był tam francuski student, który uważa, że atak z 11 września był spreparowany przez amerykański rząd, dwóch nauczycieli akademickich, którzy są zdania, że uczelnie wyższe są jak prostytutki bo współpracują z korporacjami, Amerykanka, która przyjechała do Galway dzięki grantowi badawczemu fundowanemu przez Intel ( i mówiąc nawiasem jest tego samego zdania co akademicy) oraz "wieczny student", który w jednej z takich korporacji pracował, ale jako anarchista nie mógł tam znaleźć sobie miejsca i wrócił na uczelnię. Teraz studiuje fizykę. Acha, zapomniałabym o Noelu, który zaczął właśnie studiować prawo korporacyjne, a na spotkanie przyszedł, żeby poznać wroga. Moje serce podbiła jednak 76-letnia Barbara, która przychodzi na każde spotkanie wymierzone przeciwko rządowi ( i chyba nawet zapisała się do jakiejś anarchistycznej partii), ponieważ rząd Irlandii sam wypowiedział jej wojnę. A wypowiedział ją w ten oto sposób, że zakazał prowadzenia samochodu po kilku Guinessach. Barbara uważa, że to celowe działanie mające na celu zniszczenie więzi między ludźmi ( które jak wiadomo zawiązują sie w pubie). Generalnie bardzo to było spotkanie ciekawe i zabawne:)
czwartek, 01 listopada 2007
Ale mają kampus....

Po wizycie na uczelni najbardziej rozbawiło mnie to, że po zmianie czasu studentom proponuje się odblaskowe kamizelki, żeby byli widoczni kiedy wracają do domu. Tak sie składa, że wczoraj byłam świadkiem tego jak po jednej wielkiej imprezie w mieście wracali do domu i możecie mi wierzyć, że widoczni byli:)- Zwykle są grzeczni, tylko czasami coś w nich wstępuje. Ale miasto samo ich do tego zachęca, bo przecież jest tyle nocnych klubów...- tłumaczyła mi dzisiaj pani w biurze informacji:) Tak czy inaczej zaimponowała mi ilość miejsc, kółek, wykładów i przedsiewzięć wszelkiej maści, w których mogą brać udział. Gdzieś na słupie ogłoszeń wypatrzyłam nawet ogłoszenie o wykładzie organizowanym przez kółko socjalistyczne:) Hmmm. Jak dam radę to się chyba tam wybiorę:) Acha, Irlandczyka jak do tej pory nie udało mi się wyprowadzić z równowagi.
środa, 31 października 2007
Postanowiłam wściec Irlandczyka:)
Po wizycie w urzędzie miasta, po której odniosłam wrażenie, że wszyscy są tu po pierwsze elastyczni, a po drugie wyluzowani oraz po rozmowie z Opolanką, która jest tutaj menadżerem w jednym z hoteli i powiedziała mi, że nie jest w stanie wyobrazić sobie sytuacji, która by zestresowała Irlandczyka, postanowiłam to przetestować. Mam oto plan, żeby ni mniej ni więcej tylko wściec Irlandczyka:) Problem polega jednak na tym, że ja sama po kilku dniach spędzonych w Galway też nie jestem w stanie wyobrazić sobie takiej sytuacji, a przytrafiały mi się tu różne rzeczy. Dlatego apeluję o wsparcie, pomysły i plan ataku. Co nas wścieka, co wścieka ludzi w naszym mieście, co sprawia, że mamy ochotę przekląć kogoś do piątego pokoleń wstecz? Chodzi oczywiście o takie zwyczajne, życiowe sytuacje. Piszcie na blogu, piszcie mailem, dzwońcie:)
Z opowieści różnych
Wczoraj przydrzyła mi się taka oto historia: szukałam ulicy Flood Street, ale kogo bym nie zapytała o kierunek okazywał się turystą albo emigrantem i pojęcia nie miał gdzie ta ulica jest. Więc tak chodziłam i chodziłam, aż w końcu spostrzegłam starszego pana w okularach, który wygladał na takiego, co tu całe życie spędził. Bingo!- pomyślałam- i podeszłam żeby zapytać o drogę. - Przepraszam, gdzie jest Flood Street? -Co? Nie słyszę cię dziecko- powiedział dziadek przestawiając dłoń do ucha - Flood Street- powtórzyłam podnosząc głos o kilka tonów - Czuję się dobrze, a ty? - Nieważne- poddałam sie w końcu, a kiedy chciałam odejść, dziadek nagle przemówił ludzkim głosem - Oj, żartowałem tylko, źle wymawiasz "d" na końcu wyrazu. Powinno być zaakcentowane: Flood Street. Powtórz - Flood Street - Bardzo dobrze - To gdzie jest Flood Strret? - Nie mam pojęcia I kiedy znowu chciałam odejść, dziadek zarechotał: - Czekaj czekaj, żartowałem, choć zaprowadzę cię. A jak się nazywasz? - Anita - Anita? - Źle pan wymawia "n" - Bo ja wymawiam " anita" po angielsku, a ty nie. To jakiej ulicy szukasz? Flood Street była tuż za rogiem. Irlandzkie poczucie humoru jest dziwne:)
Człowieka z Błota też mają

To jest Justin, daleki kuzyn opolskiego Człowieka z Błota, który zwykle stoi przed Rossmanem. Justin wstaje codziennie rano, maluje twarz i ręce farbą a potem ustawia się pod jednym ze sklepów na głównym deptaku miasta. Nie robi nic tylko stoi i się uśmiecha. Dzieciaki go zaczepiają, turyści robią zdjęcia, a on ma ciągle ten sam wyraz twarzy. Irlandzkim zwyczajem Justin ma też przerwę na lunch. Wtedy zabiera swoją metalową walizeczkę pełną monet i idzie kilka kroków dalej, gdzie siada w ogródku albo przy barze. Kiedy go spotkałam po raz pierwszy myślałam, że jest żywą reklamą czegoś.- Co ty robisz?- spytałm- Żebrzę- odpowiedział z takim samym wyrazem twarzy co zwykle. Kiedy spotkałam go za drugim razem- w pubie- popatrzył na mnie i stwierdził- No co? Wpuszczą mnie do kazdego lokalu w tym mieście, przecież mam garnitur i krawat.
wtorek, 30 października 2007
Od zmierzchu do świtu...


Dzisiaj miasto wygląda jak codziennie i nikt by nie powiedział, że wczoraj było opanowane przez wszelkiej maści wampiry, upiory i zjawy. Nie żebym im w metrykę zaglądała, ale wampiry były w wieku dziecięcym, młodzieńczym i ...zaawansowanym także. A ja z uporem godnym lepszej sprawy ciągle ich pytałam CZY ONI WSZYSCY NIE SĄ NA TO ZA STARZY??? Oni Wszyscy patrzyli na mnie tymczasem z minami typu: "dziecko a co ty wiesz o zabawie". Zaczęło się od brygady 8-latków która napadła mnie znienacka, otoczyła i zaczęła na przemian śpiewać i mówić wierszyki z taką prędkością, jakby do debiutu w Teleekspresie ćwiczyli. Trwało to dokąd nie wrzuciłam im jakiejś monety do wiaderka, żeby sobie w końcu poszli, ale koniec końców to ja zaczęłam łazić za nimi. Bo bardzo mnie zaciekawiło, że dzieciaki opracowały efektywny jak przypuszczam patent wbijania do barów i robienia tam takiego samego rozgardiaszu jak na ulicy. Udało im się w trzech, z czwartego zostały wyprowadzone za fraki...a ja zostałam wzięta za ich matkę. Ich rodzicielka stała tymczasem kilka kroków dalej i spokojnie czekała co z tego wyniknie, bo wszelkie tłumaczenia typu "to nie moje dzieci" skutkowało odpowiedzią "wszyscy tak mówią". W końcu barman dał się jednak przekonać, ale w międzyczasie przyplątała się do mnie grupa poprzebieranych studentów z miejscowego uniwersytetu. Oni też oczywiście nie wiedzieli o co mi chodzi, kiedy spytałam, czy nie są na to wszystko za starzy. "To nie Halloween tylko clubbing" powiedzieli i jak powiedzieli tak zrobili. Knajpy zmieniali chyba z siedem razy , przy czym w każdej spotykali kogoś znajomego i tym systemem grupa robiła się coraz większa. No ale przynajmniej mogłam być pewna, że nikt mnie za ich matkę nie weźmie. Kiedy w końcu dotarłam do najzwyklejszego w świecie sklepu spożywczego spotałam tam mężczyznę w sombrero w wieku lat około sześćdziesięciu oraz jego towarzyszkę w powłóczystej spódnicy, natapirowanych włosach i koronkowych rękawiczkach. Ponieważ nie mogłam od nich oderwać wzroku ( a mówiąc szczerze gapiłam sie na nich i obawiam się, że nawet szczęka mi się nieco osunęła) to kobieta podeszła do mnie i spytała czy wszystko w porządku. I jak tu zapytać 60-latkę, czy nie jest na takie przebieranki za stara? " Ja myślałam...wie pani...eee...że Halloween jest dla dzieci" wydukałam w końcu " Ale ja mam wakacje, a poza tym, to co ty tak po cywilnemu dzisiaj?"- odpowiedziała. I zrobiło mi sie głupio. Generalnie wczoraj były tańce, śpiewy i zimne ognie. Reszty grzechów nie pamiętam, ale za wszystkie żałuję;) Refleksję mam taką: Szacunek dla dzieci, że są dziećmi Szacunek dla studentów, że maja fantazję i ubarwają miasto Szacunek dla miasta, że żyje nocą. A żyje bo ma gdzie.
poniedziałek, 29 października 2007
Mała rzecz a cieszy

Kto zgadnie co jest na tym zdjęciu? Winda? System przeciwpożarowy? Otóż nie. Jest to wnętrze ni mniej ni więcej tylko szaletu miejskiego. Zaskoczył mnie on bardzo, ponieważ: 1 . Nie ma zainstalowanej pani od pobierania opłat i wydawania papieru- jest tam automat na monety a wewnątrz automat z papierem. 2. Znajduje się tam również stanowisko do przewijania niemowląt. 3. Ma do wyboru opcję suszenia rąk oraz papierowego ręcznika 4. Gada. Tak, tak właśnie- gada. Pani miłym głosem (przypominającym ten kiedy dzwonimy do banku i trafiamy na automatyczną centralą aż w koncu po dwudziestu minutach wciskania kolejnych cyfr zostajemy przekierowani do kogoś żywego, tyle że odechciało nam sie już gadać i w sumie zapomnieliśmy po co dzwonimy) przez cały czas wyjaśnia jak ów szalet miejski działa. Że woda spłukuje się automatycznie po zamknięciu drzwi, że w razie niebezpieczeństwa należy wcisnąć ten guzik co na zdjęciu itd. Jeśli ktoś ma syndrom tzw. zestresowanego pęcherza może mieć tam kłopot. Poza tym ów szalet ma drzwi jak w windzie. To tyle. Mała rzecz a cieszy. Nie mogłam o tym nie napisać, bo bardzo mnie to rozśmieszyło.
|
Zakładki:
A TYMCZASEM W OPOLU...
EUROPEJSKI DESANT REPORTERÓW GAZETY
|